Muzeum Kresów w Lubaczowie

Refleksje radruskie. Po „Opowieściach z Wołynia” Witolda Szabłowskiego

„I ja wszystko, co wiem, mam pozbierane po ludziach. Jednemu tatko powiedział troszeczkę, drugiemu jeszcze coś dodał. Ludzie potem przychodzili i powtarzali. I z takich małych kawałeczków uzbierałam sobie tą historię.” Mówi Hanna Fedorowna. Hanka Polaczka, z Gaju, z domu Bajmistruk, jedna z bohaterek „Opowieści z Wołynia” Witolda Szabłowskiego.

Spotkanie z książką i z jej autorem w Zespole Cerkiewnym w Radrużu, było takim właśnie zbieraniem po ludziach i opowiadaniem historii, wciąż żywej i niezabliźnionej, także tu na Roztoczu, gdzie prawie każdy słyszał opowieści o Ukraińcach, którzy z narażeniem życia ratowali swoich polskich sąsiadów przed śmiercią, jak tamci na Wołyniu, których autor w swojej pierwszej książce z 2016 roku nazywa „sprawiedliwymi zdrajcami”.

Jeszcze przed spotkaniem zastawialiśmy się, czy jest możliwa taka rozmowa o tamtym czasie, o rzezi wołyńskiej, która pozwoli na znalezienie wspólnego, nie pustego zbioru pamięci polsko-ukraińskiej, na której można by zacząć budowanie procesu pojednania. W naszym odczuciu historie opisane przez Witolda Szabłowskiego do takiego zbioru wydawały się pasować idealnie i gdyby nie podstawowa przeszkoda, jaką są niepochowane do dziś, leżące w dołach śmierci, pod drogami, na polach polskie ofiary rzezi wołyńskiej, można by od nich zacząć już teraz.

Historie Ołeksandry Wasiejko, Łukaszko Kalennyka, Katariny i Fedora Bajmistruków, Petro i Pawło Parfeniuków i wielu, wielu innych dziś już nieznanych z imienia, którzy ratowali i często ginęli razem z polskimi sąsiadami powinny stać się przyczynkiem do zrozumienia, przebaczenia i porozumienia. I być może tak się stanie, choć obserwując bardzo żywą i emocjonalną dyskusję, która wywiązała się i rozwinęła wielotorowo na zakończenie spotkania jestem skłonny do konkluzji, że potrzeba nam jeszcze sporo czasu. Nam Polakom, nie mówiąc już o Ukraińcach, dla których w większości tamta historia jest nieznana, zapomniana, niechętna przypomnieniom. Wprawdzie jesteśmy skłonni przyznać, że takie przypadki (ratowanie bez względu na wszystko) nie były wcale odosobnione, ale w żaden sposób nie zmieniają one u większości Polaków zakorzenionego w umysłach czarno-białego obrazu morderczych, okrutnych dni. Źli Ukraińcy i dobrzy Polacy. Kaci i ofiary. Nie potrafimy jeszcze wyjść poza ten schemat, mimo że upłynęło już sporo czasu i kilka nowych, niedoświadczonych bezpośrednio przez Wołyń pokoleń żyje w zupełnie innym świecie. Nie wszyscy oczywiście. Słychać było także w Radrużu głosy wychodzące poza stereotypy, głosy poszukujące, nawołujące do budowania na gruncie tamtej pamięci nowych relacji. I to nie relacji politycznych, z góry skazanych na porażkę, ale relacji bezpośrednich, człowiek – człowiek, Polak – Ukrainiec, tak jak budowane były relacje w czasie wojny, i dzięki którym wielu udało się ocalić życie. A do ich budowania, do budowania dobrej, wyzwolonej z nienawiści pamięci potrzebne są takie książki jak „Opowieści z Wołynia” Witolda Szabłowskiego, na które można się powołać i na kanwie których można poszukać porozumienia nie tylko między narodami, ale między ludźmi, którymi jesteśmy bez względu na historię, pochodzenie, język, czy narodowość.

Robert Gmiterek

Fot. Tomasz Michalski

ZAPRASZAMY DO ODWIEDZIN

ul. Jana III Sobieskiego 4
37-600 Lubaczów

ul. Jana III Sobieskiego 4
37-600 Lubaczów

Radruż 13
37-620 Horyniec-Zdrój

Nowe Brusno 103
37-620 Horyniec-Zdrój

Skip to content