Muzeum Kresów w Lubaczowie

„A imię nasze Wołyńskie Dzieci” – premiera książki Janusza Horoszkiewicza w Lubaczowie

Siedemnastego grudnia 2025 r. Muzeum Kresów w Lubaczowie zorganizowało wieczór autorski Janusza Horoszkiewicza, Kustosza Pamięci Narodowej, który stara się ocalać od zapomnienia ofiary ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu. Niestrudzony społecznik opowiedział o wieloletniej pracy nad książką „A imię nasze wołyńskie dzieci”, a  wstępem do rozmowy była prapremiera filmu dokumentalnego poświęconego jego działalności pt. „Golgota Wołynia” w reżyserii Tadeusza Arciucha i Macieja Wojciechowskiego.

Janusz Horoszkiewicz, urodzony w 1963 r. w Zarzeczu koło Jarosławia, jest przedstawicielem drugiego pokolenia Kresowian. Jego rodzina wywodzi się z Omelanki, nieopodal Huty Stepańskiej i Wyrki – miejscowości, które w 1943 r. skutecznie broniły się przed atakami OUN-UPA.

O tym, co się działo na Wołyniu, mój ojciec Szczepan opowiadał mi, odkąd pamiętam. Wciąż wracał pamięcią do tamtych dni. Jako dziewięciolatek przeżył zagłady polskich wsi otaczających Hutę Stepańską

– wspomina Horoszkiewicz, który razem z ojcem odbył w 2007 r. pierwszą wyprawę na Wołyń, a potem wielokrotnie tam wracał, by modlić się za pomordowanych. Z ich bliskiej rodziny na Wołyniu zginęło kilkanaście osób, w tym brat ojca.

2,5 tysiące godzin nagrań

Praca nad książką trwała latami i wiązała się z ogromnym przedsięwzięciem dokumentacyjnym. Janusz Horoszkiewicz zebrał imponujący materiał: 341 wywiadów i 2,5 tysiąca godzin nagrań relacji naocznych świadków. Gromadził je przez ponad dekadę. Od 2011 do 2022 r.  Docierał do najstarszych osób, które urodziły się jeszcze w 1916, czy 1917 r., a więc w 1943 r. miały kilkanaście lat. Ludzie, którzy przez wiele lat milczeli, u schyłku życia chętnie otwierali się i opowiadali, czego doświadczyli.

Także banderowcy

– stwierdził Horoszkiewicz.  Ich wiarygodność, jak i innych świadków, weryfikował, zadając różnym osobom podobne pytania i porównując zebrane świadectwa.

Ogromne archiwum dostarczało wiele pracy, a autora nieraz ogarniało zniechęcenie.

Pomógł mi wtedy Andrzej Bukowski i śp. Grażyna Szulman. Bez nich nie byłoby tego spotkania

– podkreślał bohater wieczoru.

Książka, jakiej szukałam

Grażyna Szulman, która przygotowywała książkę Janusza Horoszkiewicza do druku (zmarła tuż po jej wydaniu) napisała w słowie wstępnym, że polowała na różne książki o Wołyniu, ale ta jest najlepszą, jaką czytała. To napisane żywym, plastycznym językiem dzieło, w którym autor stara się jak najpełniej pokazać Wołyń i warunki, w jakich dojrzewały ludobójcze działania OUN-UPA. 

Skrupulatnie odtworzona w niej została dawna historia szlacheckich wsi okołostepańskich, opisane zostały relacje polsko-ukraińskie po wybuchu II wojny światowej, wkroczeniu Sowietów, a potem Niemców. Horoszyński opisuje pierwsze mordy na polskich żołnierzach dokonywane jeszcze w 1939 r., wywózki na Sybir oraz przebieg i okoliczności Holokaustu. Druga część dzieła koncentruje się na czasach banderowskich i wydarzenia poprzedzające zagładę Parośli 9 lutego 1943 r. Szczególną uwagę poświęca bohaterskiej samoobronie Huty Stepańskiej i Wyrki. Dzięki walce w nich stoczonej ocalało kilka tysięcy polskich istnień. Mimo prężnej samoobrony, w okolicy tych miejscowości, Ukraińcy zamordowali lub zabili około 600 Polaków. W książce znajdziemy także przykłady tych, którzy do mordujących nie chcieli dołączyć – ostrzegali Polaków, pomagali w ucieczce, a bywało, że za taką odmowę ponosili śmierć ze strony swoich rodaków.

Krzyże pamięci i ukraińska niepamięć

Jak opowiadał Janusz Horoszkiewicz, dzięki przyjaźniom z Ukraińcami, w tym z przymuszonymi siłą do służby w banderowskich szeregach braćmi Aleksiejem i Romanem Witoszkami, udało mu się ustalić miejsca zakopania ofiar. W sumie wskazał IPN-owi osiem miejsc, w których znajdują się doły śmierci. Dociekanie tajemnic, zwłaszcza o miejscach pochówku Żydów zamordowanych przez banderowców, sprowadziło na niego jednak poważne konsekwencje. W 2019 r. otrzymał od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy zakaz wjazdu na Ukrainę – został uznany za osobę niebezpieczną dla tego państwa.

Wcześniej wiele razy podróżował za wschodnią granicę, po raz pierwszy we wspomnianym już  2007 r., razem ze swoim ojcem Szczepanem. W ciągu kilku lat, angażując własne środki, a także dzięki wsparciu Wołyniaków i ich rodzin, postawił około pięćdziesięciu krzyży upamiętniających unicestwione polskie wsie. Wysokie, kilkumetrowe metalowe krzyże stanęły w tragicznej dolinie rzeki Horyń, na ugorach pozostałych po wymordowanych i spalonych w lipcu 1943 r. polskich wioskach. Obrazy z tego pielgrzymowania utrwalone zostały kamerą i wplecione w film „Golgota Wschodu”, o którego genezie opowiedział obecny na spotkaniu w Lubaczowie Maciej Wojciechowski.

Krzyże stawiałem za zgodą lokalnych samorządów, które początkowo wykazywały życzliwość. Niestety po 2014 r., po Majdanie i tzw. Rewolucji Godności kult banderyzmu zaczął się odradzać, a ludzie coraz bardziej zamykali się na rozmowy o przeszłości. Winne temu są władze

– stwierdził Janusz Horoszkiewicz.

Po wielu latach jest pesymistą w kwestii ekshumacji, mimo że w tym roku na Ukrainie udało się przeprowadzić ekshumacje w Puźnikach i godnie pochować szczątki ok. 40 osób. Uważa, że w kraju, gdzie panuje tradycja obszcziny (wspólnoty), a wydarzenia na Wołyniu wciąż są tajemnicą, nie dojdzie do prawdziwego odnalezienia ofiar. Obawia się zakłamywania historii. Tym cenniejsze jest ocalanie wspomnień i świadectw, które przez lata gromadził.

Część zawarłem w tej książce, ale przytłaczająca większość czeka na dalsze opracowanie

– przyznał w Lubaczowie.

Tego dnia zgromadzeni w Muzeum Kresów minutą ciszy uhonorowali również zmarłego 11 grudnia br. Władysława Siemaszkę, żołnierza ZWZ i AK, więźnia sowieckiego aparatu terroru, jednego z najbardziej zasłużonych badaczy ukraińskich zbrodni na Wołyniu.

****

Spotkanie z Januszem Horoszkiewiczem odbyło się w ramach obchodów Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej, które Muzeum Kresów w Lubaczowie zainicjowało w lipcu br. Obchody towarzyszą Festiwal Dziedzictwa Kresów, którego organizatorami są Gmina Lubaczów i Województwo Podkarpackie.

Alina Bosak

ZAPRASZAMY DO ODWIEDZIN

ul. Jana III Sobieskiego 4
37-600 Lubaczów

ul. Jana III Sobieskiego 4
37-600 Lubaczów

Radruż 13
37-620 Horyniec-Zdrój

Nowe Brusno 103
37-620 Horyniec-Zdrój

Przejdź do treści